Ciężkie poranki

Poranki nigdy nie były moją ulubioną porą dnia, zdecydowanie nie należę do typu skowronków zrywających się o świcie z uśmiechem na ustach, przepełnionych energią i ćwierkających radośnie na widok pierwszych promieni słońca wpadających przez okno. Prawdę mówiąc, wschody słońca udało mi się zaobserwować dopiero, kiedy zostałam mamą i moje dziecko niekoniecznie miało na uwadze, która jest godzina, gdy obwieszczało wszem i wobec, że jest głodne. 
Dziś od rana czekała mnie kumulacja wrażeń, stawiających o dziwo tylko mnie na baczność, a zupełnie nie działających na mojego lubego pogrążonego obok w słodkim śnie, niemal lewitującego na brzegu całkiem niemałego łóżka zajętego w 80 % przez małego, który w ciągu nocy potrafi kręcić się wokół własnej osi niemal jak przyspieszone wskazówki zegara, odkrywając się regularnie i tym samym wymuszając na mnie pobudki przy każdym jego ruchu. Więc ja - dzielna matka Polka - budzę się średnio kilkanaście razy w nocy po to, aby swoje dziecię przykryć, przewinąć w razie potrzeby czy nakarmić. Gorzej, że od kilku dni mały choruje i repertuar nocno-porannych dźwięków został wzbogacony o jęki bólu, kaszlu i złości. 
W epicentrum emocji przyznaję, że nie wiedziałam od czego zacząć, czy od zmiany pieluchy i przemoczonych piżamek, udrożnienia zatkanego noska, podania syropu łagodzącego ból gardła i kaszel czy od nakarmienia małego ssaka głośno domagającego się wszystkiego jednocześnie. Na marginesie wspomnę, że w tym samym czasie czułam pustynię w gardle, niecierpiacą zwłoki potrzebę skorzystania z toalety oraz intensywne pragnienie wypicia choćby kilku łyków kawy, by przejrzeć na oczy i odpędzić czający się w zanadrzu ból głowy.
W zasadzie wszystko to zrobiłam na wpół przytomna, bo nie potrafię odtworzyć w tym momencie przebiegu dzisiejszego poranka.
Kiedy w końcu uporałam się z najgorszym, a w tym czasie mój ukochany obudził się na tyle, by trzymać w ręku inhalator i książkę dla małego, popędziłam do kuchni, aby zrobić śniadanie.
Jakież spotkało mnie zaskoczenie, gdy zorientowałam się, że zostały resztki chleba, a dziś wszystkie sklepy są zamknięte. Więc cóż mi pozostało - upichcenie czegokolwiek na winie, w myśl zasady "co się nawinie, będzie dobrze". 
Wyszły placki z jabłkami. Niestety pierwsza porcja okazała się dość intensywnie wzmocniona podwyższoną zawartością węgla. Jednym słowem zjarałam wszystko na głęboki kolor sadzy, akurat kiedy mój synek domagał się kolejnego karmienia, uwieszony przy mojej nodze. W takich chwilach przypominają mi się słowa mojej prababci, która w takich chwilach ze spokojem w głosie stwierdzała, że dieta musi być różnorodna i węgiel też jest potrzebny człowiekowi do życia. Muszę przyznać, że nad mymi spalonymi plackami piał zachwyty mój ukochany, sprawiając, że kocham go jeszcze bardziej.
Poniżej krótki przepis:
Składniki:
- 1 jabłko bez gniazd nasiennych w skórce,
- pół surowej czerwonej papryki, 
- 2 garści rodzynek (mogą być inne suszone owoce lub np. syrop z daktyli dla zapewnienia słodyczy),
- 3 łyżki płatków żytnich,
- 1 łyżka pestek słonecznika,
- 1 jajko, 
- 100 ml jogurtu naturalnego, 
- 6 łyżek mąki orkiszowej,
- 2 łyżki oleju z pestek winogron.
Wszystko zblendowałam. Masa powinna być dość gęsta (można dodać odpowiednio więcej mąki). Następnie należy smażyć placki na bardzo małym ogniu, aby ich nie spalić. Ja smażę je już bez dodatkowego tłuszczu, na początku pod przykryciem, aby nie były surowe w środku. Na koniec podpiekam je na patelni już bez przykrywki.
Smacznego!:)

Komentarze

Popularne posty